czwartek, 4 grudnia 2014

Adwentowo,cegiełkowo,biało...czyli wreszcie po liftingu!!!

No i stało się. 
Zbieraliśmy się z zamiarem "odświeżenia" pokoju, ładnie zwanego -dziennym,co obecnie nawet się sprawdza,bo mamy tymczasową sypialnię,ale...no właśnie,zawsze było jakieś "ale". Aż któregoś pięknego dnia,poprosiłam moich panów o przestawienie mebli. 
Nie byłabym sobą,gdybym od czasu do czasu z czymś nie polatała,padło więc na grubszą zamianę. Sofka z tivikiem zamienili się ścianami. Moja obrazkowa galeryjka znad sofki,nijak się miała nad telewizorem a,że zdjąwszy obrazy,dziur na ścianie było dwa razy tyle niż obrazów,rzuciłam hasło-"musimy odświeżyć". Oczywiście miało to być lekkie podgipsowanie dziurek,przemalowanie ścian i ot tyle,jeden weekendzik i spokój a zrobiło się z tego ponad tydzień,no prawie dwa życia w bajzlu remontowym. 
Oczywiście my to sami,jak zawsze,dzielnie stanęliśmy do boju w sobotni ranek. 
No i się zaczęło ! Zamalowanie mojego ukochanego koloru cafe late na biało okazało się nie lada wyzwaniem,po 3 warstwie myślałam,że się poddam,ale nie mogłam polec na placu boju przez farbę! o nie! Tak więc poprawiałam już sama jeszcze w poniedziałek, na co weszła moja koleżanka,szalona baba B. popatrzyła i stwierdziła,że ta moja tapetka na jednej ze ścian ma się teraz do reszty jak masło do sera i zdarła ze mną tapetę do zera,gubiąc przy tym zelówy (już ona wie,o czym piszę! ha ha). Zaczęło się więc gipsowanie,gładzenie,mazianie,gładzenie i...czekanie kilka dni na tapetę. Ale w końcu dotarła.
 Ja zaczęłam nieco oswajać się z bielą,bo jakoś mi to nijak wyglądało,po 15 latach życia w tapecie we wzorki,fiolecie i w końcu beżu,biały pokój kojarzył mi się tylko z peerelowskim mieszkaniem "na wynajęciu", bo wtedy "pobiałkować" było i najprościej i najtaniej...Jedynie moja SIS (i dzięki Ci za to) cały czas pocieszała mnie,że będzie dobrze,że ocieplę i oswoję tą biel....no i oswoiłam,ale zajęło mi to trochę czasu.
Suma sumarum,żeby dłużej Was nie zanudzać,bo to nie blog budowlany,pokój jest biały,za tivikiem białe cegiełki,które z moim najcierpliwszym na świecie M. tak "rozrysowaliśmy",żeby nic nie ciąć a uzyskać "fabryczne" końcóweczki cegiełek z obu stron. Kochanie,jestes WIELKI, muuuaaaa :) A ściana przy stole, z naszym młyńskim okienkiem pokryta jest tapetą i pomalowana na cashmere beige,zebym ciut z mojego kochanego beżu tez miała !
I jest fajnie,dodałam trochę szarych akcencików i trochę beżowych,kropelka mojej ukochanej czerwieni i oceńcie sami,nim wielkie krople czerwonych dodatków wkroczą na salony,bo nie wyobrażam sobie  świątecznego nastroju bez czerwonych akcentów. 
A akcent w tym roku będzie wielki,bo sofka  przywdzieje czerwony pokrowiec !
Tymczasem w nieco już zimowo-adwentowym nastroju jest tak.




 Z galerią nad sofą było też trochę kombinacji,ale na razie pozostanie chyba tak ,jak na fotce,tylko lusterko nie powieszone jeszcze z lewej str i literka F dostanie większą ramkę.
Jeśli mozecie coś podpowiedzieć w tej kwestii,patrząc obiektywnym okiem,to proszę.


















Chciałam Wam pokazać troszkę jak to było w trakcie,ale nie wiem czemu,mój telefon się buntuje i nie pozwala mi zgrać fotek a tylko telefonem pstrykałam podczas remontowego bajzlu.

Pozostała jeszcze sprawa stolika kawowego. Ten który miałam,zakupiony jakiś  czas temu na starociach,bardzo lubiłam,ale chciałam powiewu czegoś nowego,trochę nie do końca w moim klimacie a jednak jestem bardzo zadowolona. Szukałam w necie inspiracji ze stolikami metalowymi,w sklepach ceny były zaporowe,zaczęłam więc pytać,kto wyspawa mi coś takiego,na mój wymiar i w kształcie jaki bym chciała.
No i po wysłaniu kilku ofert z pytaniem,najbardziej odpowiadała mi cena i wygląd "żelastwa" znalezionego TUTAJ
Wysłałam Panu mail z rysunkiem co bym chciała i czekałam na szkice.

Zdziwiłam się gdy dostałam to
Pomyślałam,jest dobrze,facet rozumie o co mi chodzi. I jestem bardzo zadowolona z efektu jaki otrzymałam. Zamówiłam stelaż niepomalowany,ponieważ drewna ci u mnie dostatek i mój M. zrobił blacik,który pomalowałam dziś dopiero,mieszanka bejcy i dwóch kolorów farby akrylowej,żeby był nieco szary ale niezbyt ciemny ,nie za błękitny,no taki w sam raz. I taki tez póki co pozostanie z niepomalowanym,ale pięknie wyszlifowanym stelażem,taki mi się podoba i to taka maleńka szczypta loftowatości jaką zawsze chciałam mieć :) Pana "od stelaża" mogę więc polecić z czystym sumieniem.
A to były moje inspiracje ,niestety nie pamiętam z jakich stron pochodzą,gdzieś z sieci.



A u mnie wygląda to tak





Mam nadzieje ,że Was nie zanudziłam. To chyba najdłuższy post blogowy.Ale nie wiem,kiedy teraz będzie znów czas coś skrobnąć. Chwila dla kominków trwa,realizujemy więc zamówienia i cieszymy się,że możemy ocieplać atmosferę waszych wnętrz.

                                                       Pozdrawiam

środa, 8 października 2014

Jesienno-paryskie czasu umilacze

 



Też tak macie,że jak za oknem chłodniej i szarzej,deszcz częściej puka w parapety,lubicie sobie poprawić humor czasu-umilaczami? 
Oczywiście dla każdego może to być co innego.
Czasem wystarczy kubek ciepłej kawy czy herbaty w ulubionym smaku (ja postawiłam ostatnio na nieodzowną earl grey,oraz mandarynkową,spychając te z cyklu "winter time" na ciut dalszy plan) , dobry film, spacer, czy relaksująca książka.



I właśnie nawiązując do tej ostatniej pozycji, kupiłam kilka książek, tym razem poszukałam tych z moim ukochanym Paryżem w tytule. Dzięki czemu przenoszę się do tego miasta, choćby oczyma wyobraźni. Na pierwszy ogień poszedł Stephen Clarke i jedna z jego części "Merde..". Dla mnie bomba, lubię jego styl pisania, nutkę humoru, ale rozumiem, że to szczególna pozycja dla paryżoholika, zdecydowanie nie-dla paryżofoba. Przeczytana w dwa wieczory.
Kolejna po jaką sięgnęłam to "Spotkajmy się w Paryżu". I tutaj lekkie rozczarowanie. To zbiór trzech opowiadań,trzech autorek, dziejących się w Paryżu, więc spacer wokół Notre Dame zapewniony, ale dla mnie zbyt infantylnie, zbyt przesłodzone z oczywistym happy endem. Coś dla miłośniczek lektury Harlekina. Nie mówię- nie- ale....
Z większym zaciekawieniem wczytuję się od wczoraj w "Wieczorem w Paryżu" Nicolasa Barreau. Ale nie oceniajmy książki po okładce, zobaczymy dalej.
Dla mnie to wspaniałe umilacze na jesienne długie wieczory.
Kupiłam je wszystkie TU, ceny rewelacyjne,chyba niższych nie znajdziecie.

Poza tym przygarnęłam ostatnio kilka rzeczy, które również zaliczam do czaso-umilaczy,ponieważ nic tak nie poprawia mi humoru, jak otaczanie się rzeczami, na które spoglądając mały banan zarysowuje się na mojej twarzy.

Od Ushii na jej wyprzedaży kupiłam cudownej urody stempelek.
Wiem,wiem,to takie NIC a dla mnie takie COŚ. Postawiony na książkach od Mimi i Zorkiego, wita mnie co rano paryskim Bonjour. A macie już najnowszą część ich książki? Warto poznać te "Dobre strony". Ubolewam ,że nie można już dostać wcześniejszych części.




Wnętrzarskie gazety, bo głównie takie kupuję, ujarzmiłam w druciaku - koszu. Znalazłam wreszcie taki,za rozsądna cenę i w dodatku we Wrocławiu, gdzie synek-chcąc nie chcąc odebrał mi go od bardzo miłej osoby ze TEGO sklepu. 





I na koniec bardzo istotny czaso-umilacz. 
Kinkiet,kupiony również u bardzo miłych ludzi TU który mój M przykręcił na ścianie, dzięki czemu zrobiło nam się luźniej na stole, ponieważ zniknęła z niego stojąca lampka. Mam teraz miejsce na świeczniki,kwiaty w wazonie, no i odkąd stół ma luźniej, po wywaleniu komody, można swobodnie dokoła niego usiąść, nie ciągnąc kabli (wrrr to zmora te kable) od lampki. Na co dzień stół jest również naszym biurkiem-miejscem zarządzania, więc światełko jakieś musi być.


Poza tym wrzosy,kasztany, listki, ot jesiennie po prostu .
A jak u was? czym umilacie sobie jesienne wieczory?

                                                     Pozdrawiam

 

wtorek, 23 września 2014

Takie sobie pstrykanie

Witajcie,jesień,brzydko mówiąc-"pełną gębą",jak w kalendarzu, tak i za oknem,zimno,wieje i słonka jak na lekarstwo... Pochowałam więc dziś żółte podusie ,kocyki,świece,bo jakoś nastrój wyjątkowo nie w odcieniu żółtym... a że,jak zazwyczaj,po drodze,przygarnęłam szewronową czerwoną podusię za rozsądne pieniądze,wyjęłam jej inne do towarzystwa,tak na chwilę bo niebawem wymienię je pewnie na "zwierzyniec" oczywiście od Lucy, a i kanapie dostanie się nowy pokrowiec,ale nie popycham czasu,bo to już tak bardziej pod święta.

Tymczasem jest tak



Luźniej mi się w pokoju zrobiło a to za sprawą odgruzowania się lekkiego z nadmiaru mebli. Wiadomo, człowiek zbieractwo ma jakoby wpisane w naturę ale ja postanowiłam się przeciwstawić i wywaliłam (niedosłownie) zbędne kieliszki,salaterki i inne krupy, w myśl zasady- trzy lata nie noszone(używane), znaczy- niepotrzebne.
I tak pożegnałam się z komodą..
ale nie żałuję,kącik jadalniany,czyli stół i krzesła ma teraz więcej luzu,no i sofka jakoś swobodniej "oddycha" :)


A mój dzielny M zrobił mi z drewna małą komódkę,do której wmontował same szuflady ze starej,dużej komody (podkreślając,że NIGDY więcej nie będzie montował szuflad!).Pomalowałam drewno na biało i mam w kąciku taką jaką chciałam :)

I tak z TEGO

Zostało tylko TO


 I tak po małej roszadzie w kąciku pod oknem stoi nowa -stara komódka a z drugiej strony sofy,stoliczek spod okna.


Nie wiem tylko czy fronciki szuflad nie są ciut za "ciężkie", czy nie przemalować ich na biało???
Ale ja nie bardzo lubię malowane meble z płyty,bo drewniane to i owszem nie raz poszły "pod pędzel". Jak myślicie?

No i wrzosik, hortensje tu i ówdzie,eustoma w doniczce przypomina jeszcze o lecie i pozostaje częściej zapalać świece w kominku i otulać się ciepłym kocykiem...