Best Blogger Tips

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wiosenne przemalowania i stolik który szuka własciciela

Wiosna gości juz w kalendarzach od kilku tygodni ale na dworze nie zawsze ją widać. Słoneczne dni przynoszą energię i chęci do pracy i zmian, ale deszczowe mnie zawsze przygnebiają. Nie patrząc na to ,czy przymrozek jeszcze do nas powróci postanowiłam poasadzić juz na balkonie chociaż kilka kwiatków,oczywiści to brateczki i stokrotki. Ostatnie wichury nie oszczedzały ich wcale ale dzis jest już znacznie spokojniej i widzę ,że dały sobie radę.
Ponieważ od dawna nosiłam się z zamiarem pozbycia sie wszelakiej zieleni w moim mieszkaniu (oprócz roślin oczywiście),kolejno zaczęłąm przerabiać,przemalowywać,oklejać wszystkie zielone elementy. I tak pierwsza ofiara padła szafa komandorowa w kolorze olcha zielona,brrr,gdzie ja miałam rozum i oczy, ale dawno to było.... Została poprostu oklejona tapetą a boczne listwy wymienione na kolo pasujacy do drzwi i podłogi. Teraz jest w kolorze ...wafelkowym, jak go okresliła moja koleżanka. Niewiele pracy a jaka radocha :)))
To nic strasznego,jeśli macie ochotę na zmiany frontów meblowych, tapeta jest wg. mnie zdecydowanie lepszym pomysłem niz np.okleiny. Po pierwsze wybór przeogromy, jakość bardzo dobra i wystarczy tylko mocny klej, oczyścić płytę meblową papierem ściernym i do pracy.Ja tak okleiłam już ponad rok temu meble w pokoju syna i zapewniam wszystko jest z nim ok.
Następnie stół kuchenny i taborety przestały być zielone. Przemalowałam wszystko na biało, z przecierkami a blat stołu jest teraz przetarty białym woskiem i wielokrotnie olejowany. To akurat duzo żmudnej roboty, ale cieszy efekt końcowy.
Jak już walka z stołem i taboretami dobiegła końca, ogarnęłam wzrokiem moje nieco miętowe ściany i decyzja była błyskawiczna. Po godzinie stałam w progu z farbą w ręku i do dzieła. Bardzo polubiłam kolor caffe latte z beckersa lub cappucino ( w LM jest jedna w Casto druga nazwa, na ścianie to to samo,mam i jeden i drugi kolor,różnia się tzw. bazą użytą do powstania koloru).  Kilka godzin gimnastyki i beż zagościł w mojej kuchni. Nie zrażajcie się malując beckersem ,ze kolor po pierwszej warstwie wydaje się...nijaki,ona potrzebuje dłuższego schnięcia i zmienia zdecydowanie kolor na przyjaźniejszy dla oka. Jest bardzo wydajna i nie chlapie mocno malując wałkiem.

Najgorszym wyzwaniem były moje zielono-szare płytki kuchenne na ścianach. Przyznam,że bałam się za nie zabrać, ale co tam, raz kozie śmierć. Porządne szorowanie, skrobanie fug ( to najgorsza robota-nie polecam) a potem już mały wałeczek i podkład Fluggera do powierzchni śliskich. To bardzo ważna część pracy,dobry grunt pod farbę, żeby zwiekszyc jej przyczepność do płytek. Na drugi dzień pozostało juz tylko malowanie dwoma warstwami farby. Nie użyłam żadnego cudu, poprostu akrylowa emalia z Dekorala a ponieważ chciałam, żeby płytki jak najbardziej przypominały kolor ścian i zlały się z nimi, pomieszałam biel,cafe late,ciut szarości, metodą prób i błędów uzyskujac wreszcie pożądany kolor.

Kolejny dzień biała fuga i tatammm, miodzio, nareszcie jasno, i niezielono!!!

Na koniec pozostały parapecik i półeczki ale to juz przy całym ogromie roboty i bałaganu było przysłowiowym pryszczem.

Wiem juz teraz ,że z zieleni zdecydowanie lubię kwiaty w moim domu. Przy zmienności upodobań naprawdę warto tworzyć wokół siebie neutralne wnętrza, gdzie kolorem dodatków mozna sobie zmieniac ich klimat tak często jak nam sie to podoba...

Kolejna pracą było odnowienie stolika, ławy. to też zajęło mi wiele dzionków szlifowania, przecierania, malowania ale efekt jest baaardzooo zadowalający.
Stolik szuka nowego domku, jesli ktoś ma na niego ochotę proszę piszcie na maila


ma wymiary ok.90cm na 68cm I wysoki na 46cm
Blacik będzie oczywiście jeszcze lakierowany a szufladka dostanie nowy uchwycik :)

w kolejce czeka półka kuchenna, choć niekoniecznie tylko kuchenna, manekin o którym marzyłam od dawna, lampka  prosto jak z Prowansji...ale o tym za kilka dni...


niedziela, 16 stycznia 2011

Styczniowe nastroje

Zawsze styczeń przynosi mi kiepski nastrój.Rozleniwiona po Świętach z trudem wracam do normalności,ogólnie pojętej "normalności" bo przecież dla każdego jest ona nieco inna...
Pogoda za oknem nie sprzyja działniu,narazie Pani Zima zamieniła się w Panią ...nie wiadomo co! Smutno ,szaro,słonka nie widać,resztki brudnego śniegu na poboczach i ogólnie panująca chlapa sprawiaja ,że biegiem wracamy do domu i z wytęsknieniem wypatrujemy wiosny.
Wiem,wiem, że do wiosny jeszcze daleka droga ,wiem,wiem, że powinniśmy celebrowac każdy dzień życia,bo biegnie ono za szybko ,ale chociaż mały wiosenny akcencik był mi bardzo potrzebny.Tym bardziej ,że zadomowił się w prezentowej koronie od siostrzanego Mikołaja :) Storczyk tez zakwitł świąteczno-noworocznie, co prawda tylko dwoma kwiatkami,ale to i tak radość ,że wogóle:)
W mieszkanku zrobiło się znowu luźniej, jakby przestrzenniej ale jednak smutniej ,bez Świątecznych ozdóbek i Pani Choinki.
Świąteczne bibeloty spoczęły na rok w kartonach a na piedestał powróciły dawne kurzołapki i nowe przybytki, jak chociażby ślicznej wielkości i urody hortensja, podarowana od znajomków, która wpasowała się w kamienny gazonik.

Kilka mikołajowych podarków też znalazło swoje miejca, nigdy nie są to miejsca docelowe, bo u mnie z dnia na dzień mogą wylądować w innej aranżacji.Cóż ,tak juz mam...

Anioły,koniki, świeczniki pozostają, nie uważam ich za wystój iście świąteczny, mnie towarzyszą cały rok.

Przy okazji znoszenia świątecznyh ozdób na piwniczny spoczynek,wpadła mi w ręce stareńka lampka. Już wiem,że jako lampka u mnie nie posłuży , ale o tym następnym razem...

A dziś paradoksalnie  na zakończenie - Witam Was serdecznie w Nowym Roku :)))

wtorek, 21 grudnia 2010

"...Kisses for Christmas..." czyli w Świątecznym nastroju :))

Święta juz prawie pukają do naszych drzwi,zaczyna się coraz większa bieganina, ale taka przyjemna,taka jaką lubię:)) Dziś śnieżek sypie za oknem ,mrozik skrzypi pod nogami,cóż, trudno wymarzyć sobie lepszą pogodę na tę bieganinę :))
U mnie, tak jak u większości z Was juz nieco Świątecznie w domciu.








Zapraszam i życzę wszystkim spokojnych,magicznych Świąt i do miłego ...w przyszłym roku :))















Zazdroszczę Wam niektórym pięknych ozdób łyżew,ja niestety mam tylko maleńkie saneczki i nartki:)))




















czwartek, 2 grudnia 2010

Mikołajek przedsmak i...konik na biegunach...

Nie wiem jak Wy ,ale ja najbardziej lubię grudzień od samego jego początku aż do Nowego Roku.Cała te przedświąteczna bieganina dodaje mi energii, uskrzydla i napawa optymizmem. Jak tylko zaczynam sprzatać, stroić, znosic do domu coraz to nowe Świąteczne durnostojki od których karony piwniczne aż trzeszczą nabieram motywacji do działania. Nie straszne mi wówczas odstawianie gratów celem rozgonienia złej energii zamieszkujacej moje kąty. Tak, ponoć wg.Feng Shui kąty nasze złe energie gromadzą.Gromadza czy nie,moje napewno gromadza tzw." kurzowe koty",jak mawiała moja Babcia i te co jakiś czas niechybnie rozgonić należy.
W tym roku powracam do czerwieni. Po pierwsze dlatego ,że pomimo wieluuu już eksperymentów kolorystycznych podczas Świąt, czerwień dodaje tej całej białej magii ciepła, stwarza sielską atmosferę i chyba za tym zatęskniłam. Po drugie dlatego,że powróciwszy do stonowanej kolorystyki w moim "salonie" mogę sobie bezkarnie na tę czerwien pozwolić,co przez kilka Świątecznych sezonów dość skutecznie ograniczał wszechobecny u mnie fiolet.
Nie ,żebym dostojnych złotych czy srebrnych (TYLKO) ozdób nie lubiła, lubię je i napewno nie wyeliminuję tych kolorów ale samo złoto czy srebro kojarzy mi się właśnie z pięknem i dostojnością ale jednak tchnie nieco chłodem...
Obiecałam sobie wytrzymać choć do najbliższego weekendu z wyciąganiem ozdób ale chyba nie dam rady i na początek dyskretnie pokażę Wam moje nowe skarpeciska , które przymiarki na swoje miejsca juz dziś poczyniły...

Są trzy oczywiście bo tyle moja rodzinka osób sobie liczy ale jeszcze szyje się ( to "Się" to moja dobra dusza- teściowa,która bez mrugnięcia okiem spełnia moje szwalnicze zachcianki:)) czwarta nieco mniejsza dla mojej psinki, tak tak, są 4 koszyczki i na każdym zawiśnie po skarpecie...
Jestem z nich bardzo dumna, kosztowały dużo pracy ale efekt chyba jest, jak myslicie?
Do Mikołajek jeszcze kilka dzionków i wnet upchamy w nie po maleńkiej niespodziance dla każdego :))
Poza tym zagościła juz na moim parapeciku Panna Poinsecja, nieduża, ale taką właśnie chciałam na mój skromnej szerokości parapecik. Mój M. straszył, odradzał jakie to z niej trujące zielsko, ale uspokoiłam go ,że jeść jej przecież nie będziemy ...
Na koniec stoliczek przytargany z piwnicy teściów doczekał się wreszcie nowej szaty i miał "iść do ludzi" (pisałam niedawno o tym) ale zagościł w moim pokoju, tworząc z lampeczka chyba niezły duet, którego narazie żal mi rozdzielać..


A ,że konika na biegunach zawsze chciałam ,jakiegos maleńkiego chociaż , zamieszkał  narazie na stoliczku taki oto ,przemalowany oczywiście jak to sie mawia -do koloru :))


Pozdrawiam serdecznie i idę pozagladać co tam u Was słychać :))) a raczej widać...